ANNA GODZWON

Wyborcza (nie)dobra zmiana - czyli o czekaniu na wyniki

 

Będzie lepiej, szybciej, przejrzyściej i bez fałszerstw. Bo przecież wybory samorządowe w 2014 roku zostały sfałszowane. Więc my zrobimy teraz tak, żeby nie były. Taka narracja przyświecała Prawu i Sprawiedliwości, gdy na rok przed najtrudniejszymi ze wszystkich wyborów gruntownie zmieniał Kodeks wyborczy - napisałam w artykule dla portalu newsweek.pl 

 

Jarosław Kaczyński tłumaczył, że liczeniem głosów musi zająć się druga komisja, bo jedna, która przez cały dzień wydaje karty do głosowania a potem liczy, jest zmęczona i potrzebny jest dopływ świeżej krwi. Jakoś jednak te pojedyncze komisje do tej pory obliczały wyniki i nie narzekały. Poradziły sobie w wygranych przez PiS wyborach parlamentarnych i prezydenckich, poradziły sobie też w niesławnym roku 2014, tylko ich pracę storpedował niedziałający system informatyczny. Ale ustawodawca wiedział lepiej.

 

Uchwalił zatem dwie komisje, każda po 9 osób. 27 tysięcy obwodów, półmilionowa armia ludzi. Jakoś udało się ją zebrać. Mam wielu znajomych w całym kraju, którzy z poczucia obywatelskiego obowiązku zgłosili się do pracy w komisjach. Nie są znawcami prawa wyborczego, zresztą w obliczu zmian nawet doświadczone w pracy w komisjach osoby musiały się wielu rzeczy uczyć na nowo. Uczestniczyli w dwugodzinnych szkoleniach, które najczęściej polegały na odtworzeniu prezentacji, a na koniec słyszeli, że w razie problemów mają podejmować decyzje samodzielnie i absolutnie nie dzwonić nigdzie wyżej po poradę. Nikt nie przepracował z nimi krok po kroku nowych procedur, nie wypełnił na brudno protokołów, nie zwrócił uwagi na newralgiczny moment przekazywania dokumentów między komisjami. Dostali wytyczne, napisane sztywnym, kodeksowym językiem, wyciąg z ustawy – i poszli na żywioł.

 

Cały artykuł znajdą Państwo na stronie newseek.pl

 

24 października 2018